wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozdział 3

          Roksanne i Amanda wyszły ze szkoły. Były zdenerwowane i same nie wiedziały co myśleć. Właśnie się dowiedziały, że ich najlepszy przyjaciel gdzieś zaginął. Nie przyszedł do szkoły, ale wyszedł z domu. A chłopak z którym miał się spotkać nie miał pojęcia, gdzie może być. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Pierwszym miejscem, w którym zaczęły szukać był oczywiście jego dom. Dziewczyny wyszły z placu szkolnego i skręciły w prawo, w kierunku swojego celu, gdy usłyszały głośny, zachrypnięty głos.
            – Roksanne, Amando! – odwróciły się jednocześnie.
            W ich stroną biegł ubrany w czarną skórzaną kurtkę i wytarte obcisłe jesansy brunet. Osiemnastolatki szybko rozpoznały w nim Charles’a.
            – Będziecie szukać Gavina? – zapytał niepewnie zatrzymując się przy dziewczynach.
            – Tak. Właśnie idziemy do niego do domu. – powiedziała Amanda wskazując wzrokiem w kierunku wspomnianego domu.
            – A mógłbym poszukać z wami? Chciałbym pomóc. Mam wrażenie, że to wszystko przeze mnie.
            – Wiesz, nie możesz tak myśleć. To wcale nie twoja wina. Jasne że możesz. – Roksanne uśmiechnęła się do chłopaka.
            – Tak, ale to przecież ja chciałem się z nim spotkać.
            – Nie mogłeś tego przewidzieć. Wszyscy jesteśmy ludźmi. – Roksi ruszyła do przodu.
            – Tak. – powiedział tak, że tylko on to usłyszał. – Wszyscy jesteśmy ludźmi. – szepnął i dołączył do Roksanne.
            – Ej, czekajcie. – zawołała Amanda, która jeszcze przed chwilą wpatrzona była w swojego żółtego iPhona, i zaczęła machać nim na wszystkie strony.
            – SpongeBob Kanciastoporty? – Charles’a najwidoczniej bardzo zdziwił obrazek na tylnej klapce iPhona
            – Tak. – Amanda wyszczerzyła ząbki. – chciałam Patryka ale nie było. – tym razem zrobiła smutną buźkę.
           
                        Roksanne nacisnęła mały okrągły guzik, po czym usłyszeli krótki dźwięk dzwonka pochodzący z wnętrza domu. Chwilę później zabrzmiał dźwięk przekręcanego klucza i otwieranych drzwi.
            - Dzień dobry. - powiedziała, gdy zobaczyła panią Harris. - Jest Gavin?
            - Nie. Nie ma go. - odpowiedziała, a w jej głosie słychać było strach i niepewność.
            - A gdzie jest?
            - O-on... Nie szukajcie go. Jest bezpieczny.
            - Przepraszam? - po raz pierwszy odezwał się Charles.

            - Tak?
            - Jeśli pani mówi, że jest bezpieczny to znaczy, że wcześniej był w niebezpieczeństwie?
            - Tak - odpowiedziała z wahaniem, ale po chwili zmieniła zdanie. - Nie. Nie był w niebezpieczeństwie.
            - Proszę pani? - wtrąciła się Amanda
            - Słucham?
            - Przecież pani wie, że przyjaźnimy się z Gavinem i jeśli nam pani nie powie gdzie on jest to sami się tego dowiemy.
            - Noo... dobrze. A ty kim jesteś? - wskazała na Charles'a wyraźnie zaniepokojona.
            - Ja jestem Charles Grinwall. To ja miałem się spotkać z Gavinem rano.
            - Ty mu to zrobiłeś? Chciałeś zabić mojego syna? - krzyknęła pani Harris i gdyby nie Roksanne i Amanda, rzuciłaby się na chłopaka.
            - Spokojnie. Proszę pani. Charles nic nie zrobił.
            - Ale chyba wiem kto to zrobił. Tylko żeby nikogo nie oskarżać, musi nam ni wszystko opowiedzieć.
            - Wiesz kto? Ale jak to? Skąd możesz wiedzieć?
            - Spokojnie Amando. Wszystko w swoim czasie.

            - Charles? Co ty tu robisz tak wcześnie?
            - A co braciszku? Przeszkodziłem ci w twoich niezawodnych planach?
            - Zapytałem!
            - Ja też, Gabrielu. - Charles mówił spokojnym głosem, tak jakby mówił do kolegi przy piwie. 
            - Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć, bracie.
            - Więc czemu wymagasz tego ode mnie?
            - Pamiętaj, braciszku, że ja zawsze osiągam to, czego chcę.
            - Ach tak. Twoje "zdolności" paranormalne. Mogę to tak nazywać?
            - Oboje dobrze wiemy, że to nie są zdolności paranormalne. To wrodzony talent.
            - Wrodzony powiadasz? Oczywiście- powiedział z ronią Charles, z szczegłólnością podkreślając ostatnie słowo. 
            - Umówiłeś się. Z tym chłopakiem, Gavinem, tak?
            Charles milczał nie spuszczając wzroku z brata, jakby Gabe opowiadał fascynującą historię, a on chciał jak najszybciej poznać zakończenie. Tylko, że on już to zakończenie znał. Nawt wcześniej niż jego brat. 
            - Nie zdziwiłbym się, gdyby do tego spotkania wcale nie doszło.

            Chłopak razem z ma dziewczynami i dorosłą kobietą wszedł do sali szpitalnej. Na przeciwko drzwi znajdowało się duże okno, a po obu stronach po jednym łóżku. Zajęte było tylko to po prawej - leżał na nim dobrze znany całej czwórce czekoladowooki blondyn. Jego mina była obojętna, ale gdy ich zobaczył jego kąciki ust lekko się uniosły. Nad lewym okiem miał przyklejony biały plaster zakrywający brew oraz podobny plaster z boku szyi.
            - Sorry, stary. Chyba nasze spotkanie nie wypaliło. - powiedział, gdy zobaczył Charlesa najwyraźniej nie zdwajając sobie sprawy z powagi sytuacji. Chociaż... chyba nikt oprócz bruneta sobie nie zdawał z tego sprawy.
            - No, niestety. Ej, mógłbyś opowiedzieć co się dziś rano dokładnie wydarzyło? Widziałeś kogoś? Kogoś może podejrzewasz?
            - Właściwie to dużo nie pamiętam. Szedłem do szkoły i ktoś mnie zaatakował. Nie widziałem kto. Ale, może uznacie, że to głupie, ale tak, podejrzewam kogoś. Tego kolesia, z którym wczoraj gadałaś na huśtawkach. - powiedział/i spojrzał na Roksanne.
            Dziewczyna się lekko speszyła, ale nie dała po sobie tego znać.
            - Nie, to nie możliwe. To nie mógł być on.
            - Kto to był, Roksanne?
            - To Gabe, ale on jest niewinny. Oskarżacie nieodpowiednią osobę.
            - Roksanne, nie zadawaj się z Gabrielem. Tak myślałem, że to on, a teraz jestem pewien. - odpowiedział szybko Cherles nie zastanawiając się nad tym co powiedziała Roksanne. 
            - Gabe jest niewinny. Jak możesz go oskarżać. Przecież to twój brat! – głos Roksanne coraz bardziej upodabniał się  krzyku.
            - Tak. Tylko w przeciwieństwie do ciebie, znam go trochę dłużej niż dwa dni. – chłopak z kolei mówi spokojnym gardłowym głosem. – Roksanne ty go wcale nie znasz. Nie wiesz jaki jest.
            - Wiem, że jest świetnym facetem. Wczoraj z nim rozmawiałam, wtedy na huśtawkach i wiem, że jest wrażliwy i on nigdy nie skrzywdził by człowieka.
            - Jak ja rozmawiałem z nim dziś rano i jakoś tej swoje wielkiej wrażliwości nie okazywał. - odpowiedział z ironią w głosie. 
            - To, że nie dogadujesz się z bratem, Charles, to nie znaczy, że musisz go oskarżać o pobicie!
            - Roksanne, zacznijmy od tego, że moje stosunki z Gabrielem są dużo gorsze od „nie dogadywania się”, a ty mogłabyś mi uwierzyć i przestać bronić tego palanta.
            - Nie nazywaj go tak. Mów co chcesz, Charles, ale ja i tak wierzę, że to był ktoś inny.
            - Wierzysz? Roksanne ja wiem, ze to on.
            - To nie był on. – brunetka wyszeptała te słowa i szybkim krokiem wyszła z Sali szpitalnej.
            Było jej smutno i żal. Myślała, że zaprzyjaźni się z braćmi. Zresztą, Roksanne zawsze zaprzyjaźniała się z nowymi uczniami, ale teraz chodziło o coś więcej. No bo, nie da się ukryć, że obaj są bardzo przystojni. A dziewczyna chciała, aby obaj stali się dla niej jak Gavin i Amanda. A teraz, przez to wszystko możliwe że straci nawet ich. Czy to możliwe, aby dwaj bracia tak się nienawidzili? Co wydarzyło się w przeszłości? W jak dalekiej przeszłości?
            Dziewczyna czuła,  jakby coś ją rozrywało od środka. Nie wiedziała komu wierzyć. A co jeśli Charles nie kłamie? Co jeśli Gabe naprawdę jest „zły” jak to określił jego brat? Nie to nie możliwe. Tak, to prawda, że Roksanne znała go dopiero dwa dni, ale polubiła go. Naprawdę go polubiła. Gdy z nim rozmawiała, miała wrażenie, że rozmawia ze swoim bratem bliźniakiem. Tylko, że ona nie ma brata bliźniaka. Ale Gabe był taki bliski, taki podobny do brunetki, że czuła się przy nim jak przy nikim innym. Ale Charles też był wyjątkowy. Miał w sobie „to coś” jeśli wiecie o czym mówię. Coś ją w nim pociągało. Ale musiała wybrać. A oni byli tak bardzo inni. Ale nie mogła działać na twa fronty. Nie mogła,. Prawda?

____________________________________________________________
Przepraszam przepraszam przepraszam ! ! !
Za to że tak długo to trwało. Ale same wiecie. Są wakacje i sami wiecie jak to jest...
Jak wam się podobała muzyka? Troche klasyki nie zaszkodzi. Moim zdaniem trochę dramatyczna i taka tajemnicza, ale pasuje. 
Chcecie, żebym dodawała muzykę do rozdziałów?
A teraz już obiecuję, że na nowy rozdział pojawi się jak najszybciej. 
Chciałabym, żebyście komentowali. Smutno mi. 
Mam nadzieję, że pod tym rozdziałem będzie ich więcej. 
Łucja O/

niedziela, 21 lipca 2013

Rozdział 2

            – Co ty tu robisz?
            – Przyjechałem odwiedzić stare strony, a ty, bracie?
            – Więc dlaczego tym razem postanowiłeś się ujawnić?
            – Wiesz, wreszcie chciałem poczuć, jak to jest być nastolatkiem, Dziewczyny…
            – Mam wrażenie, że interesuje cię tylko jedna dziewczyna.
            Gabe wbił wzrok w brata.
            – Roksanne., dobrze pamiętam?
            – Ach, Roksanne. Tak, jest niezwykła. Myślę, że jest stworzona do celów wyższych.
            – Nie zrobisz tego, Gabrielu.
            – Ja, nie. Ona sama to zrobi.
            – Sama?
            – Sama.
            – Gabriel!
            – Ta rozmowa zaczyna mnie nudzić. Do widzenia, bracie.
            Brunet odwrócił się na pięcie i skierował się ku wyjściu z placu.
            –  Gabriel!
            – Dla twojej wiadomości, bracie – jestem Gabe.

            – Loksi! Ami! Psysłyście do mnie! – krzyknęła pięciolatka gdy Gavin, Amanda i Roksanne stanęli w drzwiach domu chłopaka.
            – Mia, dziewczyny nie mogą zostać.
            – No ploose. Chocias chwilę.
            – A może… pójdziemy razem do parku? – zaproponowała Roksanne.
            – Taak. Chodźmy na plac zabaw. – dziewczynka skakała z radości. – I na lody.
            – Ale będziemy musieli na chwile wpaść do mnie i Amandy bo musimy się przebrać.
            – No dobze… Chodźmy juz.
            Dom Roksanne się znajdował się między domem Gavina a parkiem więc było po drodze, a Amandy był kilkadziesiąt metrów na nim. Plan był taki: na początek wszyscy idą do Roksanne, ona się przebierze i pójdzie z Mią na plac zabaw, Gavin w tym czasie pójdzie kupić lody, a Amanda do domu się przebrać.
            Roksanne włożyła [LINK]. Złapała za rękę małą dziewczynkę i razem z dwójką przyjaciół ruszyła w stronę parku. Przy niskim pomalowanym na czerwono płotku odgradzającym plac zabaw od reszty parku każdy ruszył w swoją stronę. Roksanne usiadła na huśtawce, a Mia pobiegła wesoło do piaskownicy i zaczęła budować zamek z piasku, który wyglądał jak wysoki kopiec z piasku.
            – Hej – Siedemnastolatka usłyszała cichy szept za lewym uchem.
            Przeszedł ją zimny dreszcz na całym ciele. Powoli odwróciła głowę do tyłu. Zobaczyła czekoladowe tęczówki naprzeciwko swoich własnych. Były tak blisko, że dziewczyna nie widziała nic poza nimi. Szybko odsunęła głowę do tyłu i zobaczyła, że tą tajemniczą osobą, jest nie kto inny jak Gabe.
            – Przestraszyłeś mnie.
            – Przepraszam. Nie o to mi chodziło.
            Usiadł na sąsiadującej huśtawce.
            – Co tu robisz?
            – Pilnuję tej małej ślicznotki, czekam na przyjaciół.
            – Roksanne?
            – Hmm?
            – Od  razu jak cię zobaczyłem pomyślałem…
            No nie – pomyślałam Roksanne – następny chłopak, który ledwo mnie zna i się zakochuje w moim wyglądzie? Kiedy wreszcie ktoś doceni moje wnętrze?
            – Teraz pewnie myślisz, że chcę ci powiedzieć, że mi się podobasz. – Uśmiechnął się wiedząc, że ma rację.
            – Skąd wiedziałeś? – Dziewczyna lekko się zawstydziła. Uśmiechnęła się i zaczęła lekko się huśtać.

            – Chciałem powiedzieć, że zauważyłem, że jesteś wyjątkowa, inna.
            – Wiem. – odpowiedziała szybko –Nie lubię tego. Zawsze za bardzo wystaję z tłumu.
            – Zauważyłem, że starasz się najlepiej jak umiesz to ukryć. Dlaczego?
            – Ty nic nie rozumiesz. Nie wiesz jak to jest, kiedy nikt cię nie akceptuje.
            – Ale ciebie przecież wszyscy lubią. Jesteś popularna.
            – Popularność, a akceptacja to dwa całkiem różne tematy. Wszyscy w szkole na pokaz mnie uwielbiają, a za plecami gadają niestworzone rzeczy.
            – Może to ty tak po prostu to widzisz?
            – Gabe, nie raz słyszałam, gdy ktoś mówił o mnie złe rzeczy.
            – Wiesz dlaczego oni gadają za  twoimi plecami? Bo ty jesteś daleko przed nimi.
            – Fajnie to ująłeś.
            Uśmiechnął się.
            – Muszę już iść. Zresztą, chyba tam idzie twój kolega, co nie?
            Roksanne spojrzała na wskazane przez chłopaka miejsce.
            – Tak. To Gavin.
            – Hmm. No to do zobaczenia jutro.
            – Pa.

            Dziewczyny weszły do szkoły. Na ich twarzach gościły uśmiechy, ale w głębi duszy wcale nie były szczęśliwe. Koniec wakacji. Chyba nikt, kto jeszcze chodzi do szkoły nie lubi tego czasu.
            – Co masz pierwsze? – Zapytała Amanda.
            – Geografię. A ty?
            – Geografia. Mamy razem.
            – To świetnie. A wiesz z kim mamy? Bo podobno McWill poszedł na urlop.
            – Nie wiem. Szkoda, że odszedł. Był ok.
            – Ja też go lubiłam.
            – A tak zmieniając temat. Gdzie jest Gavin?
            – Przyszedł wcześniej. Nie wiem po co.
            – Dziwne. Gavin wcześniej do szkoły?
            – Zgadzam się. Coś to nie gra.
            Rozmowę przerwał głośny dzwonek.
            – Chodź. – Amanda pociągnęła przyjaciółkę za rękę i ruszyła w kierunku sali geograficznej.
            Zajęły miejsca obok siebie i czekały na nauczyciela. Po chwili do sali wszedł młody mężczyzna, który wyglądał na co najwyżej dwadzieścia pięć lat. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę i wąskie spodnie tego samego koloru. Nie wyglądał na nauczyciela.
            – Cześć. Jestem waszym nowym nauczycielem. Nazywam się Mike Kinnloocker. Mówcie mmi Mike.
            – Dzień Dobry. – Powiedziało kilka osób.
            – Cześć – poprawił ich nauczyciel – Mówcie do mnie cześć.
            – Cześć.
            – Tylko, ej, chciałbym żebyście mnie traktowali jak kolegę a nie nauczyciela. Dziś zrobimy taką lekcję organizacyjną. Każdy się przedstawi, powie co o sobie. Ja zacznę. No więc: jestem Mike, mam 25 lata. W czerwcu skończyłem pięcioletnie studia pedagogiczne, a w te wakacje przeszedłem kilka kursów geograficznych dzięki czemu mogę was uczyć. Teraz oprócz pracy tutaj studiuje zaocznie geografię. Interesuję się sportem. Uwielbiam grać w piłkę nożną. Kto teraz?
            Nikt się nie zgłosił na ochotnika więc Mike wskazał losową osobę.
            – Może ty? – odezwał się do siedzącego w ostatniej ławce bruneta.
            – Jestem Gabe Grinwal. Mam 18 lat. Hmm… dopiero się tutaj przeprowadziłem. Interesuję się… hmm… lubię łowić ryby. Lubię spacery nocą. Jestem dość dziwnym człowiekiem.
            – No ok. Teraz ty sobie wybierz kto będzie mówił teraz.
            – Może… Roksanne?
            – Kto to Roksanne?
            – Ja. – brunetka podniosła rękę. – No więc. Roksanne Angeleu jestem. Interesuję się sztuką. Kocham rysować. I muzyką. Gram na gitarze. Wystarczy?
            – Tak. Kto teraz?
            – Może… prawie wszystkich tu znam, więc może wybiorę kogoś kogo właśnie nie znam. Ty. – wskazała na bruneta siedzącego za nią.
            – Ja? Jestem Charles Grinwal.
            – Bracia? – spytał nauczyciel pokazując na Gabe’a i Charlsa,
            – Tak. Jesteśmy braćmi, ale nie bliźniakami. Jestem starszy od Gabriela o 11 miesięcy. Mam 18 lat. Interesuję się, podobnie jak Roksanne, sztuką. Zawsze kochałem rysować. To moja pasja.
            – Artystyczna klasa. Kto teraz?
            Wszyscy po kolei się przedstawili. Gdy ostatnia osoba skończyła była już końcówka lekcji. Zadzwonił dzwonek i Dziewczyny poszły do swoich szafek One i Gavin mieli szafki obok siebie, ale chłopaka przez całą przerwę nie było przy nich. Kolejny dzwonek. Dziewczyny już miły się rozejść do swoich klas: Roksanne na historię, a Amanda na angielski, gdy podszedł do nich Charles.
            – Hej. Wiecie może gdzie jest Gavin?


No i jest 2. Podoba się?
Pamiętajcie:

Czytasz=Komentujesz 

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział 1

            – Roksanne, zaspałaś. Spóźnisz się do szkoły.
            – Wiem tato. Nie chcę dziś iść do szkoły.
            – Źle się czujesz?
            – Nie. Dobrze. Tylko po prostu nie mogłam spać i jestem bardzo zmęczona.
            – Roksi. Dziś pierwszy dzień. Musisz iść. Wszyscy na ciebie czekają.
            – No… ok. daj mi 5 minut.
            – Yhm.. jak chcesz to cię podwiozę jadąc do pracy, żebyś się nie spóźniła.
            – Nie musisz tato. Poradzę sobie sama. – uśmiechnęła się do ojca.
            – Oj… Podwiozę cię. Chyba, że się mnie wstydzisz. Hmm?
            – Tato! Proszę cię. Przecież wiesz, że to nieprawda.
            – Wiem, wiem. Dobra, idę… szykuj się.
            Rodziciel wyszedł z pokoju. Roksanne wstała energicznie z łóżka i spojrzała w duże lustro na bocznej ścianie pokoju. Zobaczyła niską brunetkę o dużych niebieskich oczach. Wyglądała dorośle jak na swój wiek.

~Retrospekcja~
Ulicami Swanage w stronę cmentarza wolno jechał czarny samochód pogrzebowy. Leżała w nim otwarta trumna, a w środku „spała” młoda kobieta  o jasnych brązowych włosach i błękitnych oczach. Jej zazwyczaj zarumienione policzki były teraz w kolorze bladego różu, co ujawniało fakt, że nie należy ona już do świata żywych. Ubrana była w piękną suknię do kostek w kolorze hebanu. Jej paznokcie skryte były pod warstwą lakieru w tej samej barwie. Za samochodem szła najbliższa rodzina zmarłej. Para ubranych na czarno pięćdziesięciolatków – rodzice zmarłej, przystojny młody blondyn o zaczerwienionych od łez policzkach – jej mąż oraz dwójka zapłakanych dzieci: dwuletni chłopiec podobny do ojca. Krótkie jasne włoski niewinnie sterczały na malutkiej główce a wielkie oceaniczno błękitne oczka wpatrywały się w czarny samochód a po delikatnym policzku spływała mała ledwie widoczna łza i siedmioletnia dziewczynka uderzająco podobna do matki. Jej włosy były tego samego koloru podobnie jak oczy.

            No tak – Pomyślała Roksanne – już nie jestem tą małą dziewczynką, która kiedyś zapłakana trzymała ojca za rękę na pogrzebie matki. Mama… Mamo, jak ja za tobą bardzo tęsknię. Wiem, że tu jesteś. Kocham Cię. Proszę, nigdy mnie nie opuszczaj.
            Ale... czas do szkoły. Uśmiechnęła się i przeciągnęła, aby rozprostować kości po nocy. Wyjęła z szafy malinową sukienkę. Miała prosty krój. Sięgała do połowy ud, a prawy rękaw pokryty był różową koronką. Założyła do tego czarne szpilki. Usta pomalowała malinową szminką, a powieki brązowym tuszem. Włosy spięła w niedbałego koka. Wzięła jeszcze tylko czarną kopertówkę, do której włożyła swojego iPhona, paczkę chusteczek higienicznych, i małą portmonetkę. [LINK]
            Weszła do kuchni, gdzie siedział ojciec i Cody – dwunastoletni brat.
            – Wyglądasz jak twoja mama. – powiedział rodziciel i smutno się uśmiechnął. – Tak bardzo za nią tęsknię.
            – Ja też, tato. Bardzo.
            – Jesz śniadanie?
            – Nie. Nie jestem głodna.
            – To jedziemy? Cody, gotowy?
            – Tak. – dwunastolatek odezwał się pierwszy raz podczas tego ranka. – Roksi, świetnie wyglądasz. – szeroko się uśmiechnął.
            – Ty też młody. – odwzajemniła uśmiech.
            Chłopiec ubrany był w czarny garnitur a pod szyją miał niewielką muszkę. Wyglądał bardzo elegancko.
            – Dzięki. Chodźcie, bo się spóźnimy.

            Roksanne wyszła z samochodu i skierowała się w kierunku dwójki ludzi stojących przy schodach prowadzących do budynku szkoły. Chłopak – Gavin – najlepszy przyjaciel Roksanne. Zazwyczaj jest poważny, czekoladooki blondyn. Uwielbia grać w piłkę nożną. Jest kapitanem drużyny szkolnej, a w przyszłości chciałby grać w reprezentacji krajowej. I dziewczyna – Amanda – przyjaciółka Roksanne i Gavina. Trochę roztrzepana, zawsze uśmiechnięta brunetka o błękitnych oczach. Uwielbia taniec i śpiew. Sama gra na gitarze i śpiewa w amatorskim zespole. Gavin miał na sobie czarny garnitur i różową koszulę, oraz czarną muszkę, a Amanda beżową sukienkę i malinowe szpilki, i kopertówkę.
            – Amanda. Miało być na różowo. – powiedziała Roksi podchodząc do przyjaciół.
            – Może cześć? – odpowiedziała Amanda
            – Cześć. Ale miało być na różowo!
            – Oh, o co wam chodzi? Przecież jestem ubrana na różowo. – Podniosła do góry jedną nogę i rękę, w której trzymała kopertówkę. – Gavin też ma tylko koszulę.
            – A co miałem założyć różowy garnitur?
            – Tak?
            – Ej no przepraszam Cię bardzo, ale ja jestem chłopakiem jak nie zauważyłaś.
            – Oj tam oj tam.
            – Przestańcie się kłócić! Będziemy tutaj tak stać? Wszyscy są już w środku.
            Weszliśmy do szkoły, do auli. 90% miejsc zajmowali uczniowie i pracownicy szkoły a na środku stał dyrektor szkoły i robił próby mikrofonu. Przyjaciele zajęli miejsca w ostatnim rzędzie, gdzie siedzieli inni maturzyści.
            Dyrektor zaczął swoją rozpoczynającą rok szkolny, długą i nudną przemowę, której i tak nikt na całej sali nie słuchał. Gdy skończył, uczniowie skierowali się do klas, gdzie wychowawcy rozdali im plany lekcji i mogli wracać do domu.
            Ale Roksanne, Amanda i Gavin należeli do Komitetu Powitalnego. Ich zadaniem było oprowadzenie po szkole i przedstawienie zasad nowym uczniom.
            – Kogo wam przydzielili? – spytała Amanda.
            – Gabriel Grinwal. – odpowiedziała Roksi.
            – O, to ja mam chyba jego brata. Charles Grinwal.
            – Ja mam Julii Kerr. Idę jej poszukać.
            – Ja też. Widzimy się potem. Pa.
            – Pa pa.
            Roksanne spojrzała na zdjęcie przydzielonego jej chłopaka. Brunet. Grzywka postawiona na żel. Kolczyk w wardze. Chyba nie tak trudno go poznać. Szybko go znalazła.
            – Hej. Jestem w Komitecie Powitalnym i przydzielili mi ciebie. Jestem Roksanne.
            – Gabe. – chłopak słodko uśmiechnął się do dziewczyny, a ona odwzajemniła uśmiech.  – Więc, co chcesz mi pokazać w tej szkole?
            – Hmm… Więc wiesz coś na temat tego miejsca?
            – Wiem, że muszę tu codziennie chodzić, żeby mnie nie wylali i gdzie jest aula i łazienka. To chyba nie za wiele, nie?
            – No nie bardzo. Gdzie wcześniej chodziłeś do szkoły?
            – Paryż. Słyszałaś o takim mieście?
            – Ten we Francji?
            – Nie. Stolica Stanów Zjednoczonych. No oczywiście, że we Francji.
            – Hmm… zawsze chciałam jechać do Francji.
            – Kocham ten kraj. Cieszę się, że tam się urodziłem.
            – Chcesz tam wrócić w przyszłości?
            – Tak. Wcale nie chciałem wyjeżdżać. Ale niestety musiałem.
            – Ja też bym nie chciała wyjeżdżać na stałe z Anglii. A dlaczego akurat tu się przeprowadziliście? O ile wiem, to to nie jest jakieś bardzo znane miasto.
            – Tak wyszło.

            – Jak tam ci wasi Grinwall’owie?
            – Gabe jest spoko. Świetnie się z nim gada.
            – Charles też. A Julii?
            – Dziwna. Taka lalusia.
            – Oh…
            – Idziemy gdzieś? – zapytała Amanda.
            – Ja nie mogę. Muszę dziś zostać z Mią. – odpowiedział Gavin
            – Oj. No trudno. To cię odprowadzimy.
            – Chodźcie. – chłopak obiął ramionami swoje przyjaciółki i ruszyli ku jego domowi.

            Charles wyszedł z dużego, beżowego budynku, w którym spędził ostatnie kilka godzin. Szybkim ruchem założył okulary przeciwsłoneczne i rozejrzała się wokół. Zobaczył tylko trójkę ludzi wychodzących z placu. Poza tym nikogo. Chociaż…
            – Gabriel! – krzyknął, a sekundę później stanął uśmiechnięty brunet.

            – Braciszku, tak dawno się nie widzieliśmy. – jego uśmiech stał się teraz jeszcze szerszy. 

____________________________________________

Nudyyy. wiem wiem.. następny rozdział pojawi się szybciej obiecuje a teraz...
podoba wam się??
CZYTASZ=KOMENTUJESZ

Łucja O.

niedziela, 16 czerwca 2013

Prolog.

             Roksanne otworzyła gwałtownie oczy z przerażenia. Jej serce waliło teraz kilkakrotnie szybciej niż powinno. Przypomniała sobie powód strachu. OCZY. Ciemne jak noc oczy przeszywające ją całą. Przeszedł ją zimny dreszcz. Nerwowo rozejrzała się po pokoju. Okno. Było inne niż zwykle. Dziewczynie wydawało się, że za drewnianymi ramami widzi je. Przerażające oczy ze snu. Ale to niemożliwe. Prawda?

            Charles szedł pustymi jeszcze ulicami małego miasteczka na południu Anglii. Dłonie skrywał w kieszeniach, twarz zwróconą miał ku ziemi, a oczy zasłonięte ciemnymi okularami. Słońce zaczęło już wschodzić, co oznaczało dla chłopaka powrót do domu. Willa Wolfmanów. To tutaj mieszkał. Starsze małżeństwo zgodziło się wynająć chłopakowi pokój pod warunkiem, że nie będzie hałasować, nie będzie przyprowadzał znajomych. To akurat nie będzie dla niego problem. Charles, choć wygląda młodo dużo w życiu przeżył i zdobył cenne doświadczenia, dlatego wie, że kiedy nie trzeba nic mówić, warto zachować milczenie. Znajomych też nie miał, więc z tym także nie było problemu. Zresztą to i tak dziwne, że pozwolono tam mu zamieszkać. Do domu Wolfmanów nikt nigdy nie miał wstępu. Są to dość nietypowi staruszkowie. Nigdy nie widać ich na ulicy, ale w ogrodzie. Jedynym człowiekiem, jakiemu udało się nawiązać z nimi jakiś kontakt był ogrodnik Bill. Ale nawet on nie odkrył nigdy tajemnicy tego domu.
            Charles wszedł po kilku schodkach do okazałego domu. To wtedy zorientował się, że nie pamięta, kiedy wychodził z domu. "Coś ze mną nie tak" pomyślał i postanowił, że musi się dowiedzieć co takiego.

___________________________________________________________

No i jest prolog.. mam nadzieję że się spodoba :P